free web hit counter

„Siódma funkcja języka” Laurent Binet

Środowisko filozofów, językoznawców i psychologów, także polityków. Najwybitniejsze nazwiska lat osiemdziesiątych  na kartach powieści sensacyjnej „Siódma funkcja języka” Laurent Binet.

Tu świat rzeczywisty miesza się z fikcją, a bohaterami stają się takie wielkie postaci, jak Umberto Eco, Jacques Derrida, Bernard-Henri Levy,  Jacques Lacan, Michel Foucault, Julia Kristeva z mężem Philipem Sollersem , Roman Jakobson, John Searle. Niektórych z nich poznajemy w bardzo intymnych sytuacjach, innych w trakcie filozoficzno-językoznawczych dysput.  Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu uwikłani są w poszukiwanie takiej funkcji języka, która pozwoliłaby na władzę, czyli przejście od momentu kiedy słowo znaczy do momentu kiedy słowo sprawia. Nie dziwi więc, że w pościg za siódmą funkcją wyruszyli także politycy, Valery Giscard d’Estaing i Francois Mitterrand, rywale w walce o stanowisko prezydenta Republiki.

Akcja powieści rozpoczyna się 25 lutego 1980 roku.

Roland Barthes, jeden z czołowych francuskich semiologów, zostaje potrącony przez furgonetkę, trafia do szpitala a po miesiącu umiera. Wydawać by się mogło, że wypadek to kwestia nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Tyle, że do potrącenia doszło tuż po tym, jak Barthes był na obiedzie u Mitterranda, głównego przeciwnika Giscarda d’Estaing. Z tego powodu do zbadania sprawy zostaje skierowany komisarz Jacques Bayard z Informacji Ogólnej. Policjant posiada duże doświadczenie jako śledczy, jednak środowisko semiologów i filozofów przerasta jego możliwości. Dlatego, żeby pojąć cały ten niezrozumiały bełkot akademickich darmozjadów (podaję sparafrazowane słowa komisarza), Bayard „rekwiruje” młodego wykładowcę uniwersyteckiego, niejakiego Simona Herzoga, oczywiście semiologa:

kiedy semiolog chodzi ulicami, wyczuwa znaczenie tam, gdzie inni widzą wydarzenia. Wiedział, że mówi się coś sposobem ubierania się, trzymaniem szklanki, chodzenia …

Od tego momentu Bayard i Herzog, choć nie zawsze w dobrej komitywie, prowadzą wspólne śledztwo.

Najpierw starają się ustalić czy wypadek samochodowy był na pewno wypadkiem. Następnie szukają motywu, dla którego Barthes miałby zginąć. W końcu starają się odnaleźć  tajemniczą broń, czyli moc ukrytą w języku.

Jednak nie tylko ta nietypowa para chce odnaleźć  siódmą funkcję języka. Zainteresowane są nią także służby specjalne Związku Radzieckiego i Bułgarii, które współpracują, ale mając własne cele:

Christow wie doskonale, jak działa dobre kłamstwo: musi być zatopione w oceanie prawdy. Wyznanie dziewięćdziesiąt procent z jednej stronu pozwala uwiarygodnić tych dziesięć procent, które chce się ukryć, z drugie strony zmniejsza ryzyko wpadki. Zyskuje się na czasie i unika zagmatwania. Kiedy się kłamie, trzeba kłamać w jednym punkcie i tylko w jednym, a być doskonale uczciwym co do całej reszty.

Wraz z Bayardem i Herzogiem zwiedzamy Paryż, Mediolan, Bolonię oraz amerykański uniwersytet Cornella. Przysłuchujemy się gorącym dyskusjom, jesteśmy świadkami ataków terrorystycznych, towarzyszymy filozoficzno-politycznym dysputom.

Z sześciu funkcji języka według Roberta Jakobsona rozbawiła mnie jedna.

Ta, z której jakoby najbardziej korzystają współcześni, a mianowicie funkcja fatyczna, czyli takie mówienie dla mówienia byle podtrzymać więź. Innym ciekawym wątkiem, oprócz całej dowcipnie i zaskakująco poprowadzonej intrygi, jest motyw areny, na której do walki stają retorzy. I mogłoby się to wydawać zarazem makabryczną i śmieszną zabawą grupy erudytów, gdyby nie słowa Umberto Eco :

Kto panuje nad dyskursem, jest dzięki swej zdolności do wzbudzania strachu i miłości wirtualnie panem świata.

Każdy kto chce spróbować swych sił w sztuce pięknej i skutecznej perswazji, może wziąć udział w pojedynkach organizowanych przez Logos Klub, gdzie stawka jest wysoka a przegrana bardzo bolesna:

wszystkie mecze są pojedynkami, losuje się temat, jest to zawsze pytanie zamknięte, na które można odpowiedzieć tak albo nie, albo pytanie typu „za czy przeciw”, żeby dwaj adwersarze mogli bronić przeciwnych stanowisk.

Poszukiwanie sprawczej mocy języka nie jest pozbawione sensu.

Odnalezienie magicznej, zaklinającej formuły dałoby temu, kto ją posiądzie moc absolutną. Oczywiście pod warunkiem, że byłby jedynym jej właścicielem. Polityk, który nabyłby zdolność skuteczne perswazji wygrałby wszystkie wybory, zawładnąłby dusze i umysły głosujących, posiadłby nad moc. Czyż to nie gra warta świeczki?

A co jest tą magiczną siódmą funkcją języka?

W sumie to trudno powiedzieć, do czytelnika docierają jedynie strzępy informacji, można się domyślać, ale pewności nie ma:

Przemiana nieobecnej albo nieistniejącej trzeciej osoby w odbiorcę konatywnego komunikatu

Być może znaczenie mają też słowa konającego Barthesa:

Znaczący tutor będzie pocięty na cały ciąg krótkich  przylegających do siebie fragmentów, które będziemy tu nazywać leksjami, ponieważ są to jednostki lektury. Ten podział, trzeba to powiedzieć, będzie jak najbardziej arbitralny, nie będzie się wiązał z żadną odpowiedzialnością metodologiczną, ponieważ będzie dotyczyć znaczącego, podczas gdy proponowana analiza dotyczy wyłącznie znaczonego…

Siódma funkcja nie zostaje odkryta, ale wiemy, że skorzystał z niej Mitterand podczas jednej z dyskusji przedwyborczych ze swym przeciwnikiem. A więc funkcja istnieje i  działa, pytanie czy tylko u bohaterów „Siódmej funkcji języka”, czyli bytów nadprogramowych.

Tytuł: „Siódma funkcja języka”

Autor: Laurent Binet

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Tłumaczenie: Wiktor Dłuski

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Share via